Sławomir Onacik — legendarny basista zespołu Lessdress. Miał papiery na światowe granie
Artykuł tutaj przedstawiony odnosi się do enigmatycznego życiorysu jednego z najlepszych polskich basistów rockmetalowych w okresie transformacji ustrojowej. Sławomir Onacik wszakże na przełomie lat 80. i 90. XX wieku współtworzył z zespołem Lessdress (wcześniej Ferrum) na rodzimej scenie podwaliny muzyki glammetalowej. O tyle to ważne, że długograje, w które twórczo był zaangażowany przetrwały próbę czasu i nagraniowo utrzymują porównywalny poziom do zagranicznej konkurencji, na czele z mega topowymi w owym czasie bandami, tj. Def Leppard, Mötley Crüe czy Van Halen. Sławomira Onacika mimo tego obecnie kojarzą tylko nieliczni fani pop metalu w Polsce. Dlatego też postanowiłem coś więcej napisać o tym przedwcześnie zmarłym muzyku, choć informacji o nim w necie jest tyle „co kot napłakał”.
Lata wczesne
Sławomir Onacik (znany także jako Ziutek) urodził się w 1967 roku, czyli całe swoje dzieciństwo i nastoletniość przeżył w czasach komuny. Tak więc, jeżeli w latach 70-tych jeszcze jakoś żyło się w Polsce, to początek następnej dekady można określić istnym horrorem. Wszakże nocą z 12 na 13 grudnia 1981 wprowadzono w naszym kraju stan wojenny, który trwał ponad kilkanaście okropnych miesięcy. Niedziwne więc, że dla dorastającego Onacika, jak i prawie całego tamtejszego polskiego społeczeństwa okres jego trwania łączył się z silną traumą. Następne lata dla blisko 38-milionowego narodu były natomiast czasem „powolnego gojenia ran”, choć codziennie wolność słowa była mocno ograniczana.
Sławomir Onacik mimo życia w tak ocenzurowanej rzeczywistości już jako kilkunastolatek zaczął słuchać rocka i metalu, gatunków muzyki, które dla PRL-owskich władz stanowiły rodzaj substytutu twórczości „zgniłego Zachodu”. O ile jednak zdobycie albumów takiego TSA, Turbo czy Mecha nie nastręczało młodocianemu Onacikowi większej trudności, to już z pozycjami zagranicznych zespołów było zdecydowanie trudniej. Wszakże Polska była wtedy krajem znajdującym się „za żelazną kurtyną” i nie można było normalnie kupić w sklepie nagrań takiego AC/DC, Bon Jovi, Black Sabbath lub Iron Maiden. Dlatego też Onacik bardzo wcześnie związał się z mającym naówczas swoje dojścia podwarszawskim środowiskiem rock/metalowym, zostając z czasem dziennikarzem muzycznym. Coraz większe osłuchanie międzynarodowego hard rocka, heavy metalu i zwłaszcza glam metalu, pomogło mu zaś w robieniu ekspresowych postępów w graniu na gitarze basowej. Sławomir Onacik w pierwszej połowie lat 80. XX wieku został tym samym jednym z pierwszych glammetalowców w Polsce. Następnie na poważnie rozpoczął swoją przygodę z muzykowaniem.
Lessdress
Zanim jednak Sławomir Onacik został jednym z najlepszych glammetalowych basistów na świecie, ćwiczyć musiał w pocie czoła przez blisko dekadę. W Polsce w międzyczasie nastał kapitalizm, a młodych ludzi zaczęło zachwycać wszystko, co było modne w Europie Zachodniej i USA, w tym też „pudlowy” metal. Nastąpił więc w tej kwestii zwrot o 180 stopniu, albowiem lata 80-te nie były u nas dobrym czasem dla „glamowych” wykonawców. Najlepiej ten „anty-trend” przedstawia przypadek zespołu, którego losy będą mieć bardzo duży wpływ na karierę muzyczną Sławomira Onacika. Mianowicie chodzi tu o niefartowną historię warszawskiego Ferrum. Wszak jego debiutancki koncert na Rockowisku '84 przeszedł bez większego echa, a 4-utowrowy wykon został wygwizdany na pierwszej Metalmanii. Nawet mimo tego, że goście z Ferrum nie grali tam typowego „glamu”, albowiem „odsłuchowo” przypominali trochę ówczesnego Kata. Jednakże wtedy dostało im się bardziej za „wymuskany” imidż niż reprezentowane umiejętności.
Następnie wytapirowani metalowcy z Ferrum mieli już lepsze przyjęcie na bardziej otwartym stylowo Jarocinie w 1986 i 1989 roku. Aczkolwiek głównie u kobiet, które stanowiły zdecydowaną mniejszość owego festiwalu, no i po koncertowych doznaniach szybko wracały do normalnego życia. Niedziwne zatem, że w tak niesprzyjających realiach ten całkiem sprawnie grający zespół przez 5 lat swojego istnienia nie miał większych szans nawet na wydanie porządnej taśmy demo. W ostateczności brak odpowiedniej popularności doprowadził zaś do jego upadku. Kontynuatorem działalności Ferrum został Lessdress - jak niedaleka przyszłość pokazała band działający już dużo bardziej profesjonalnie od swojego poprzednika. Z Ferrum w Lessdressie pozostał wokalista Paweł Nowakowski i gitarzysta Krzysztof Faliński. Obaj reprezentowali jak na krajowe warunki „ekstraklasowy” poziom. Co ciekawe, Nowakowski jako syn dyplomaty lata nastoletnie spędził w Anglii oraz USA, gdzie wokalnie udzielał się nawet w heavymetalowym zespole Steel Knickers. No i to zaprocentowało tym, że już wtedy śpiewał po angielsku ze świetnym akcentem.
Jednakże Lessdress do zostania ambasadorem polskiego glam metalu potrzebował jeszcze trzech pełnowartościowych muzyków - perkusisty, keyboardzisty i basisty. I tu na poważnie rozpoczyna się historia kariery muzycznej Sławomira Onacika. Uściślając, nastało to w 1989 roku, kiedy dołączył do Lessdressa. Jego energetyczna gra na basie szybko stała się zaś „znakiem rozpoznawczym” tego coraz lepszego zespołu.
Lata 90-te Lessdress z Onackiem w składzie rozpoczął od nagrania debiutanckiego albumu pt. „Dumblondes”. Niestety z powodu poważnych problemów wydawniczych kaseta z zawartymi na nim nagraniami trafiła tylko do polskich sklepów z 3-letnim opóźnieniem. Premierowy długograj mimo skandalu dystrybucyjnego zyskał jednak spore uznanie wśród fanów i recenzentów. Zresztą nie powinno to nikogo dziwić, wszakże brzmi, jakby nie był nagrany w Polsce, a na dodatek zawiera kilka ponadczasowych hitów, takich jak na przykład „Civilized Man”, „Take The Money” czy „Sweet Venice”. Co ciekawe ten ostatni miał klip telewizyjny pokazywany w bardzo popularnym naówczas wśród młodzieży programie „Luz”. Śmiało można stwierdzić, że ta TVP-owska produkcja pomogła w powiększeniu rozpoznawalności Lessdressa, który coraz częściej nazywano „polskim Def Leppard”. Aczkolwiek w tym przypadku rodzimy band na pewno nie okazał się gorszy od amerykańskiego konkurenta - zarówno pod względem wokalnym, imidżu, przebojowości oraz wirtuozerii i intensywności grania. Sławomir Onacik niewątpliwie instrumentalnie i stylowo był jednym z najbardziej „rasowych” muzyków Lessdress. Aby dojść do podobnego wniosku, zresztą wystarczy zobaczyć wspomniany teledysk i przesłuchać utworów z jego udziałem.
Drugi album Lessdressa nosi tytuł „Love Industry” i został nagrany w 1991 roku przez ten sam skład jak poprzednik - Nowakowski (voc), Faliński (g), Onacik (b), Nosarzewski (dr), Marcinkowski (kbds). Z perspektywy czasu można stwierdzić, że 11 zawartych na nim utworów ciągle ma glammetalowego ducha, ale nagrane są już w bardziej hardrockowym klimacie, jak na moje ucho w takim bardziej Gunsowskim niż Deflepardowym. Świadczy o tym choćby promujący go teledysk do songa „Keep On Walking”, który jest jednym z najbardziej zadziornych w dokonaniach zespołu i do tego wygląda intrygująco kontrowersyjnie.
Niewątpliwe na tym długograju Onacik i spółka twórczo już na dobre dołączyli do międzynarodowej czołówki wykonawców hair/glam metalowych. Jednakże goście z Lessdressa mieli pecha, że naówczas żyli w Polsce, a nie Stanach czy Anglii. W konsekwencji tego szły za tym bardzo poważne opóźnienia wydawnicze, a to było zabójstwem promocyjnym dla tego zespołu. Przykładowo debiutancki album Lessdressa przez długie lata nie był w ogóle dystrybuowany za granicą, a jego następca też nie zrobił kariery „za miedzą”, gdyż w ograniczonej ilości wydała go austriacka wytwórnia Schubert Music i to tylko na płycie CD. Znów zaś w Polsce dwa albumy zespołu można było kupić „przy odrobinie szczęścia” tylko na kasecie.... raptem z 3-letnim opóźnieniem (I 1993/1990, a II 1994/1991). Ponadto Lessdressowi nie miał kto zorganizować międzynarodowej trasy koncertowej, choć i tak ów band stał się bardziej znany za granicą niż w kraju. Ale to głównie wśród „otwartych na świat” maniaków glam metalu i hard rocka. Nie powinno więc dziwić, że zważywszy na te okoliczności grę na basie Sławomira Onacika w latach 90-tych poznały „tylko” tysiące, a nie miliony fanów. Dlatego w skali globalnej nie miał on szans, żeby zostać drugim Nikki Sixxem a taki Nowakowski - Joe Elliott'em. Choć oni, jaki i reszta zespołu mieli naówczas ku temu odpowiednie umiejętności oraz wygląd.
Zatem jeżeli jedyny zespół Sławomira Onacika miałby wydane albumy zaraz na początku lat 90-tych, to jeszcze by się załapał na końcówkę popularności glam metalu i mógłby sprzedać dużo więcej swoich nagrań. Wszakże już tak około 1993 roku takie „pudlowe” granie było w odwrocie, albowiem wśród zbuntowanej młodzieży coraz bardziej popularny stawał się grunge, alternative, rap, hip-hop, groove czy funk. Natomiast serca fanów mocniejszych brzmień skradł thrash i death metal. Czarne dusze słuchały zaś muzyki gotyckiej oraz black metalu. Dlatego też na Zachodzie mega popularne wtedy MTV nie grało już nowych zespołów glammetalowych. A jak wiadomo, ta nieistniejąca już stacja telewizyjna była „wskaźnikiem” tego, co było popularne w latach 90-tych. Zważywszy na ową tendencję niedziwne więc, że Alice in Chains i Pantera „przebranżowiły” się z glamu na dużo bardziej „brudne” granie. Natomiast Sławomir Onacik wraz z resztą muzyków Lessdress zawiesili działalność na scenie i w studiu. Miało to miejsce w 1995 roku.
Śmierć zamiast powrotu na scenę
Jednakże Onacik wraz z innymi członkami Lessdress nie wytrzymali długo w tym postanowieniu, ponieważ potrzeba wspólnego tworzenia muzyki była silniejsza. Dlatego też już w 1997 roku reaktywowali działalność swojego zespołu. Niedługo potem nagrali demo z nowym materiałem, na którym znalazły się nawet dwie piosenki po polsku. Owe wydawnictwo jednak nigdy nie ujrzało światła dziennego, z powodu przedwczesnej śmieci Sławomira Onacika w dniu 27 lutego 1999 roku. Ta straszna tragedia wstrząsnęła muzykami zespołu Lessdress do tego stopnia, że w tamtym czasie nie wyobrażali sobie dalszego grania. Stan tego załamania dosadnie przedstawia wypowiedź Pawła Nowakowskiego dla portalu Metal Mundus - Lepsza Strona Rocka:
Nagle dowiadujemy się o śmierci Sławka. Przyznam, że świat wtedy stawiał przed nami takie zapory, że ta wydała się ciosem ostatecznym. Do tego, my w tej kapeli byliśmy i jesteśmy jak bracia. Nie potrafiłem sobie wtedy wyobrazić poszukiwań nowego basisty. Było to gdzieś tam oczywiste, ale odłożyliśmy to na kiedy indziej i zeszło ...8 lat.
Najlepiej o niepowtarzalności Sławomira Onacka świadczy zaś inny cytat Nowakowskiego. Tym razem opublikowany na rock-alternatywnej witrynie Dwie Łyżeczki Muzyki:
Tak. Śmierć Sławka była absolutnym szokiem. Dla organizmu tak koleżeńsko/braterskiego jakim zawsze była nasza kapela było to nie do przejścia. Wcześniej długo szukaliśmy takiego faceta i basisty jak on, o podobnych potrzebach do naszych, z shołmeńskim zacięciem i talentem jednocześnie. Tacy nie rośli na drzewach. Może na zachodzie, w USA ale wtedy w naszym kraju były same podróby.
Sławomir Onacik został pochowany na cmentarzu prawosławnym na warszawskiej Woli. Na pogrzebie oprócz najbliższych członków rodziny, kolegów z redakcji i innych bliskich osób pożegnało go też zauważalne grono fanów zespołu Lessdress. Onacik zmarł w wieku zaledwie 32 lat. No i obecnie nawet w Polsce jest coraz więcej bandów metalowych mających dłuższy staż grania, np. Hetman, Acid Drinkers, Turbo, Vader lub nawet Behemoth.





Komentarze
Prześlij komentarz